Był Sobie Pies

Był Sobie Pies fot. filmweb.pl
Pies odnajduje sens swego istnienia, gdy po odejściu z tego świata niespodziewanie odradza się ponownie w kolejnym psim wcieleniu.

Po co żyjemy? Dokąd zmierzamy? I na czym polega szczęście? Może nikt tego nie wie na pewno, ale wielu ma na ten temat swoje teorie. A ci, którzy mieli kiedykolwiek bliski kontakt ze zwierzęciem, dadzą razem ze mną głowę, że niejeden pies, kot czy kura wydawały się przygniecione tymi samymi pytaniami. Przecież zwierzę to też człowiek! A zwłaszcza pies. 

Wie o tym doskonale Lasse Hallström. Znany szwedzki reżyser otworzył sobie wrota do Hollywoodu komediodramatem "Moje pieskie życie", a po latach potwierdził klasę wzruszającym "Mój przyjaciel Hachiko". Teraz nakręcił film "Był sobie pies". Gdyby nie autentyczna miłość Hallströma do czworonogów, ekranizacja książki W. Bruce'a Camerona, w której cała historia opowiadana jest z perspektywy psa, nie byłaby tak przekonująca i angażująca. Obraz jest piękną laurką dla wszystkich burków, kanapowców i gończych. 

To historia czworonoga, który przechodząc kolejne reinkarnacje, zastanawia się nad sensem życia. Jego pierwszym wcieleniem jest rudy retriever przygarnięty przez kilkuletniego chłopca, który nadaje mu imię Bailey. Obaj są dla siebie najlepszymi przyjaciółmi – nierozłącznymi towarzyszami w zabawie, smutkach i poważnych decyzjach. Kiedy na Baileya przychodzi czas, łzom nie ma końca. Ale to nie koniec jego drogi. Już za chwilę odradza się jako owczarek niemiecki płci żeńskiej – tym razem towarzyszy policjantowi skrywającemu bolesną tajemnicę. Ten epizod nie trwa jednak długo. Następnie Bailey budzi się w ciałku rozbrajającego corgiego i staje się ulubieńcem pewnej sympatycznej pani. Psi żywot to jednak krótka chwila. Pstryk! I Bailey rozpoczyna kolejną podróż. Historia zatoczy wreszcie koło i już wszystko (uwaga, spojler!) będzie dobrze. 

Nim do tego dojdzie, reżyser zaserwuje widzom szereg rozrywających serce scen: bolesnych rozstań, śmierci i obrazów ludzkiej niegodziwości. Sądząc po reakcjach maluchów na sali, dla niektórych z nich mogą to być wręcz zbyt trudne emocje. Warto jednak zaryzykować, bo był "Był sobie pies" to przede wszystkim mądra lekcja skierowana głównie do małych widzów, którzy marzą o posiadaniu psa. FilmHallströma pokazuje najróżniejsze strony takiej odpowiedzialności – pozytywne i negatywne, radosne i bolesne. Jednocześnie przypomina, że to od człowieka, a nie psa, zależy, jak będzie wyglądała łącząca ich relacja. Pies okazuje przecież tyle serca, ile okaże się jemu. To dobre przygotowanie przed adopcją zwierzaka. 

"Był sobie pies" to jednak nie tylko instrukcja obsługi czworonoga. To także uniwersalna afirmacja prostego życia – drobnych przyjemności, zabawy, miłości, oddania i wspólnie spędzonych chwil. Scenarzyści mieli też coś do powiedzenia na temat rodziny, przebaczenia, straconych szans. Wreszcie film odkrywa przed widzem krzepiący sens życia według psa! To dużo mądrości jak na jednego – szczególnie małego – widza. Będę się jednak upierała, że najwięcej na "Był sobie pies" skorzystają właśnie kilku- i kilkunastolatkowie. Zapewniam też, że ich rodzice także miło spędzą czas. Uczciwie jednak uprzedzam, by nie wybierać się do kina, jeśli w Waszym życiu nie ma miejsca na czworonoga. Gwarantuję, że po seansie z całego serca zapragniecie przygarnąć chociaż jednego psiaka. A może nawet dwa. 

Dorota Kostrzewa filmweb.pl

Anna Sękowska
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe